Strona główna » Euro – jak pułapka bez wyjścia

Euro – jak pułapka bez wyjścia

Wspólna waluta przeszła podobną przemianę jak tytułowy bohater powieści Stevensona „Dr Jekyll i Mr Hyde”. Po obiecującym starcie szybko zaczęły pojawiać się kolejne, nieprzewidziane skutki uboczne, a „cudowne remedium” stało się dla wielu członków UE pułapką, z której nie potrafią wyjść. Kiedy w 2002 r. wprowadzano wspólny środek płatniczy, uważano to za doskonały, wizjonerski pomysł, który pozwoli na utrzymanie stabilizacji gospodarczej i zapewni równomierny rozwój krajom Wspólnoty. Jednak z biegiem kolejnych lat entuzjazm opadał, a euro zaczęło być coraz częściej porównywane do konia trojańskiego, drenującego ekonomie słabszych krajów Unii.

Geneza euro i Europejskiego Banku Centralnego

Europejski Bank Centralny (EBC) powstał 1 czerwca 1998 r. Przygotowania do jego stworzenia zaczęły się jednak już dekadę wcześniej. W 1989 r. po upadku Mur Berlińskiego i zjednoczeniu się RFN i NRD, Niemcy szybko uzyskały dominującą pozycję w Europie, m.in. ze względu na bardzo silną gospodarkę, dużą liczbę ludności oraz mocną markę. Proces ten był poprzedzony wcześniejszymi nieoficjalnymi negocjacjami, w trakcie których Francja miała postawić twarde warunki: w zamian za zgodę na połączenie RFN i NRD, zażądała deklaracji stworzenia wspólnej unii walutowej i zrzeczenia się przez Berlin marki.

Z perspektywy blisko 20 lat, które wskazują na to, że głównym beneficjentem euro stały się właśnie Niemcy, takie perypetie powstania EBC mogą wydawać się zadziwiające. Jednak w latach 80. minionego wieku sytuacja wyglądała diametralnie inaczej. 30 lat temu mocna niemiecka marka była potężnym konkurentem dla walut takich krajów jak Francja czy Włochy, a wprowadzenie wspólnego środka płatniczego miało ograniczyć gospodarczą dominację Berlina. Dlatego właśnie to Francja najmocniej naciskała na utworzenie strefy euro. Unia monetarna została zawarta w traktacie z Maastricht (1992 r.), tworzącym Unię Europejską. Następnie, sześć lat później powołano Europejski Bank Centralny, co wynikało z deklaracji złożonych jeszcze w latach 80.

Dalsze losy EBC

Na żądanie Berlina EBC został ulokowany we Frankfurcie nad Menem – mieście będącym centrum finansowym Niemiec i siedzibą Bundesbanku (Niemieckiego Banku Centralnego). EBC, zgodnie z traktatami unijnymi, miał zagwarantowaną niezależność, zarówno od organów UE, jak i od rządów, parlamentów i polityków państw członkowskich.

EBC jest bankiem centralnym strefy euro, nadzorującym 19 narodowych banków centralnych krajów, które przystąpiły do unii monetarnej. Ustala stopy procentowe w eurolandzie, odpowiada za emisję banknotów i funkcjonowanie transeuropejskiego systemu rozliczeń bankowych.

Dwóch pierwszych prezesów (Wim Duisenberg – do 2003 r. oraz Jean-Claude Trichet – do 2011 r.) prowadziło względnie autonomiczną politykę monetarną, opartą o realnie dodatnie stopy procentowe. Pod koniec kadencji Tricheta pojawiły się jednak już pierwsze symptomy problemów: niekonwencjonalne metody wspierania banków – z naruszeniem własnych standardów, czy uruchomienie interwencyjnego skup obligacji greckich, a następnie portugalskich, włoskich i hiszpańskich.

Głębsza degradacja i utrata niezależności tej instytucji nastąpiła kiedy następcą Tricheta został Mario Draghi. Zarzuty jakie na przestrzeni lat pojawiały się wobec nowego prezesa, to przede wszystkim doprowadzenie do utraty autonomii EBC na skutek ulegania wpływom polityków i kręgów finansowych. Lata rządów Draghiego podsumowywane są jako zabiegi pomagające utrzymać płynność finansową euro-bankrutów z południa naszego kontynentu, kosztem ochrony wartości euro i stabilności cen eurolandu.

Od pięknego snu – po koszmar, z którego nie można się obudzić

Europejski Bank Centralny stał się przede wszystkim, budzącym kontrowersje, wybawicielem największych banków oraz pożyczkodawcą ostatniej szansy – dla tych krajów członkowskich, które utraciły zaufanie inwestorów. To właśnie realizowana w ten sposób obietnica nieograniczonego skupu obligacji skarbowych (program OMT) opóźnia jeszcze poważniejszy kryzys w strefie euro. Prawdopodobnie takie posunięcie, póki co, odracza w czasie rozpad bloku walutowego, a dzięki temu euro nadal jest walutą Włoch, Grecji, Portugalii i Hiszpanii.

Kolejnym aspektem, który stawia politykę EBC w złym świetle jest rozpoczęty w 2015 r. program Quantitative Easing (QE), czyli, w dużym uproszczeniu, dodruk pieniędzy. Początkowo skala wydatków zaplanowana była na poziomie 60 mln euro, które miesięcznie przeznaczano na zakup obligacji z państw członkowskich, a ostatecznie miała zamknąć się w kwocie 1 bln euro. Jednak, z czasem pulę podniesiono do 80 mln euro, a ostatecznie koszt projektu wyniósł 4,6 bln euro. Program, który planowano realizować przez ok. półtora roku, trwał aż dwa razy tyle. Został wygaszony na koniec 2018 r. – ale nie na długo. Już we wrześniu 2019 r. powrócono do praktyki dodrukowywania pieniędzy, która trwa do chwili obecnej.

Czy brakujące pieniądze można drukować w nieskończoność?

Kierujący Europejskim Bankiem Centralnym przez ostatnie osiem lat Mario Draghi  wielokrotnie zaznaczał, że stopy procentowe będą utrzymywane na rekordowo niskim, w tym również ujemnym poziomie. Ostatecznie, na koniec swojej kadencji obniżył jeszcze bardziej poziom oprocentowania (stopa depozytowa w banku centralnym wyniosła wówczas minus 0,50%). Wszystko wskazuje na to, że jego następczyni – Christine Lagarde, będzie kontynuować tę wątpliwą politykę. Program Quantitative Easing jest aktualnie kontynuowany, a data jego zakończenia nie została określona.

Mimo że narzędzia strategii QE po kryzysie z 2008 r. stosowało wiele krajów (m.in. USA, UK i Japonia), to jednak były tam stopniowo redukowane i wygaszane. Tymczasem Unia Europejska zdaje się zmierzać w odwrotnym kierunku. Zgodnie z deklaracjami prezes EBC Wspólnota rozpoczęła już kolejny rok oparty na dodruku pieniądza.

Transformacja z wybawiciela w oprawcę

Jako jeden z istotnych błędów, popełniony już u zarania projektu wspólnej waluty, wskazywana jest próba ujęcia pod jednym mianownikiem krajów o różnej sile ekonomii. Odbija się to negatywnie na słabszych państwach, ponieważ wartość pieniądza osadzona jest głównie w mocy gospodarki każdego z nich. Im silniejsza gospodarka tym niższe ceny m.in. obligacji, realnego kosztu kredytu oraz niższy koszt deficytu.

W praktyce beneficjentem tej dysproporcji są ekonomicznie silniejsi członkowie UE – na czym w pierwszej kolejności skorzystała gospodarka Niemiec. Na dłuższą metę prowadzi to do coraz głębszych nierówności wewnątrz wspólnej strefy walutowej, a ostatecznie do kryzysu w słabszych krajach i ich coraz większego zadłużenia.

Silniejsi pomagają przed wszystkim… sobie

Oczywiście EBC dysponuje różnymi narzędziami, których może używać dla ratowania sytuacji. Jednym z nich jest, wspominany już wcześniej, program QE. Jednak działania te okazały się stosunkowo mało efektywne i spotkały się ze znaczącą  krytyką, wskazującą m.in. na fakt, że program, który miał ożywić gospodarkę, stał się przede wszystkim strategią reanimowania największych banków.

Co więcej, pomocą w ramach QE nie są objęci najbardziej potrzebujący. Grecja, będąca obecnie w najgorszej sytuacji ekonomicznej spośród krajów strefy euro, została wykluczona z programu, ponieważ nie spełnia wymogu posiadania ratingu na poziomie inwestycyjnym…

Utrata wiarygodności: euro bardziej straszy niż kusi

W ten sposób, z biegiem kolejnych lat, pozycja Europejskiego Banku Centralnego stopniowo słabła. W parze z tym zjawiskiem szła coraz większa utrata, kluczowej dla tej instytucji, niezależności. Powszechnie znaną „tajemnicą” stał się fakt, że EBC jest bardzo spolegliwy wobec nacisków politycznych płynących z Niemiec i Francji. Nic więc dziwnego, że w takich okolicznościach przestał być traktowany jako wiarygodna i miarodajna instytucja, a inwestorzy z coraz większą rezerwą odnoszą się do posunięć frankfurckiego banku.

Euro, z roli wspólnej waluty mającej gospodarczo zjednoczyć Europę, stało się „straszakiem”, którego boją się nowe kraje Wspólnoty, a cześć starych członków upatruje w nim przyczynę własnego kryzysu. Jednak natura nie znosi próżni. Jeżeli europejski pieniądz faktycznie za jakiś czas zniknie, to miejsce po nim zostanie szybko wypełnione. Być może skorzystają na tym m.in. lokalne waluty krajów UE, które do tej pory nie przyjęły euro – np. węgierski forint oraz nasza złotówka.

 

 

Opracowanie: Kajetan Soliński