Strona główna » Brama do wnętrza, okno na świat. Fotografie Urszuli Sobkowiak

Brama do wnętrza, okno na świat. Fotografie Urszuli Sobkowiak

Prace fotograficzne, Urszuli Sobkowiak, mogliśmy oglądać już trzykrotnie, w formie kameralnych i w udany sposób zaaranżowanych wystaw, organizowanych w Bibliotece Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, z inicjatywy kustosza i wicedyrektora tej instytucji, Barbary Maklakiewicz. Ekspozycja opisana poniżej, jest jedną z ostatnich, które zdarzyły się w bydgoskim środowisku artystycznym, przed wybuchem pandemii w 2020 roku. Zaistniała ona w jeszcze normalnej, a więc bezpiecznej i otwartej rzeczywistości. Miała swój początek w wernisażu – co w obecnych okolicznościach wcale nie jest tak oczywiste – który zgromadził gości oraz stałych bywalców tego miejsca. Już wtedy, ze względu na jej charakter i atmosferę, postanowiłam „zatrzymać” ją poprzez tekst.

Autorka prezentacji „Szukając ciszy” (29 stycznia – 2 marca 2020 roku) jest doktorem nauk humanistycznych w dziedzinie pedagogiki i emerytowanym wykładowcą UKW, a także – jak czytamy w wielu notkach biograficznych – harcerką i zafascynowaną górami turystką. Profesjonalną organizatorką wypraw turystycznych i fotografikiem amatorem. Sobkowiak przedstawiła zbiór fotografii z Beskidów, dokąd z sentymentem i twórczo zainspirowana – od wielu lat powraca.

Wśród pejzaży, które ilustrują cztery pory roku, przeważają impresje jesienne. Uwagę zwraca kilka oryginalnych widoków zimowych, szczególnie ten z ośnieżonymi drzewami, który można określić jako doskonały, w swojej naturalności i dekoracyjności, zarazem. Delikatnie zaznaczono urodę wiosny, poprzez kadr ukazujący syberyjskie, fioletowe irysy, dziko rosnące nad brzegiem górskiego akwenu.

Ciekawa jest sekwencja lasu, możliwe, że przed świtem. Scharakteryzowana w gamie szarości. Ukazuje ona prawie bezlistny las, zatopiony w szarej mgle. Drzewa jawią się tu, jak zjawy, wydobyte łagodnie z półmroku, przez smugi światła padające z góry. Wszystko ma swoje znaczenie. Ujęcie na wprost, czy to, z prawie diagonalnie usytuowanym zboczem, gdzie patrzymy na drzewa od dołu, jakby śledząc ich wzrastanie z samej głębi ziemi, albo jeszcze inny wariant, w którym połamane, wysuszone i powyginane konary, spoczywając na podłożu, spokojnie zapadają się w leśną ściółkę.

Seria fotografii, pokazujących rzeki, strumienie, jeziora. Ich lekko poruszone płaszczyzny, wrażliwe na kolor i światło, odbijają pnie drzew, pokryte są warstwą drobnych liści, czy otoczone przybrzeżną zielenią. Chłoną zmienny obraz nieba. Ujęcia dalekie, charakteryzujące miejsce, i bliskie, skierowane na kilka elementów.

Skromne, można powiedzieć, najzwyklejsze kadry leśnych dróg, częściowo zalanych wodą po nagłej ulewie. Na jednym z nich, ultramaryna nieba odbija się w kałuży, kontrastując z ciepłą i rozświetloną zielenią trawy i brązem drzew. Albo fotografia, która wiedzie nasz wzrok w głąb pejzażu i powietrznej perspektywy – ku dalekiemu widokowi gór. Drogi powracają i nigdy się nie kończą. Oto więc inna, gliniasta i wijąca się w stronę lasu, widzianego w pochmurny dzień, bez jednej chociażby plamy światła, z bladoniebieskim niebem w tle. Podobna, czyli równie trudna do przebycia, szara, tuż po rzęsistym deszczu, a ożywiona jedynie fioletem kwitnącego ostu. I jeszcze – pnąca się po iłowym wzgórzu, naznaczona brązowymi kałużami wody, z bezlistnym dębem, na drugim planie, za którego widać fragment górskiej ściany.

Duża jest różnorodność kompozycyjna tych fotogramów, oddających rozpoznawalną urodę, pozornie prostych, typowo polskich krajobrazów. Niebieskawa płaszczyzna jeziora, wpisana pomiędzy brunatną zieleń otoczenia, buduje czytelny układ w poziomych pasach. Jezioro odbija niebo, wzmacniając jego łagodną barwę o swoją głębię i chłód. Znowu wielka oszczędność. Widok na pustą nizinę, z fantastycznym, uschniętym drzewem o „pobielonym pniu”, bo pozbawionym kory, gdzie 2/3 kompozycji wypełnia intensywnie niebieskie i bezchmurne niebo. Krajobraz trochę, jak z innej planety. W tym kontekście, pejzaż, który ma kilka interesujących planów – z mocną plamą zieleni i bezlistnym, czarnym drzewem po prawej, a głębiej, z wysuszoną przez słońce, szaro-ugrową polaną, a jeszcze dalej, otwarty na przestrzeń pomiędzy zielonymi wzgórzami, które jakby napływają z dwóch stron przedstawienia, aż po płaskie i błękitne szczyty gór z jasnym niebem nad nimi – wydaje się prawie barokowy.

Zaledwie dwie, ale jak różne i ciekawe fotografie wody z bliska. Szara i lekko zmarszczona fala, wykończona delikatną falbanką piany, napływa na drobnoziarnisty i zbliżony kolorystycznie, brzeg. Biała linia piany zatrzymuje nasz wzrok na granicy wody i lądu. Inne ujęcie, na barwną i wyraźnie pomarszczona płaszczyznę wody, z wydobytym przez światło, kamienistym i barwnym dnem.

Opowieść o nieskażonym, ludzką obecnością, trwaniu dzikiej przyrody dzieje się dalej. Duży kadr z zimowym pejzażem, „grającym” kontrastami: bielą śniegu i ciemną zielenią młodziutkich smreków na tle jasno granatowego, mroźnego nieba, z delikatnym śladem obłoków. Po lewej, dostrzegamy czarną sylwetkę drewnianego krucyfiksu. Jest wkomponowany w pejzaż, jego formy i kolory. Dopiero kolejne, bliskie ujęcie, pokazuje postać samotnego Chrystusa, rozpiętego na krzyżu w przestrzeni górskiego krajobrazu. A zaraz obok, zimowa fotografia opustoszałej wioski, pogrążonej w gęstej, monochromatycznej mgle, tyleż piękna, co nostalgiczna.

Urszula Sobkowiak dokumentuje żywą wielokulturowość Beskidów. Stąd, malowniczo otoczone drzewami i świecące świeżą bielą pobielanych murów, świątynie: katolicka, a na następnym zdjęciu – prawosławna. Każda z nich inaczej „naznacza” miejsce swoją charakterystyczną sylwetką. To fotogramy, w których pobrzmiewa echo obrazów Jana Stanisławskiego, syntetycznych i skontrastowanych światłem. Podobnie oddziałują, portretowane przez autorkę kapliczki, oglądane z bliska lub rozpoznane, jako akcent bieli w rozległym, zielonym krajobrazie.

Jedno ze zdjęć dobitnie, wręcz symbolicznie, łączy znane nam już motywy. Widzimy białą kapliczkę, osadzoną wprost na ziemi, zwieńczoną gontowym dachem, do której prowadzi, baśniowo wygięta i piaszczysta, linia drogi. Wydaje się, że droga ta istnieje specjalnie dla kapliczki. Przywodzi to na myśl scenę, z ważnego dla  historii kina filmu „Drzewo pragnień”, gruzińskiego reżysera, Tengiza Abuładze, z 1977 roku. Wędrowiec, nadchodzący drogą, pyta miejscowego wieśniaka: – Dokąd prowadzi ta droga? Na stwierdzenie, że donikąd, mówi: – A co to za droga, która nie prowadzi do cerkwi.

Na ekspozycji pojawił się cykl świętych miejsc pamięci. Tworzą go, cmentarz: katolicki, żydowski, prawosławny oraz kwatera wojskowa. Każdy ukazany w innej kolorystyce i aurze. Wszystkie trwają w ciszy. Stary cmentarz, naznaczony klonami i otoczony murem. Na jednym z ujęć widzimy jedynie, zasypane złocistymi liśćmi, ramy po XIX-wiecznych nagrobkach. Trochę przypominają relikwie. Szczególne ślady po nieobecnych ludziach, nieistniejących miejscach. Po czasie, który już przepłynął. Kwatera wojskowa – z ustawionymi w rzędzie, mocnymi płytami, „wyrastającymi” wprost z ziemi, którą ocieniają bezlistne drzewa, w łagodnych barwach i miękkim świetle jesieni. Zielony i pogodny, cmentarz prawosławny, z lasem charakterystycznych i barwnych krzyży. Żydowski – określony przez rozchwiane i pochylone maceby, umiejscowione wśród niskiej trawy i mleczy, ufnie otwarty na otaczający pejzaż, z widokiem na góry.

I jeszcze bliskie kadry, ukazujące fragmenty współczesnej architektury sakralnej. Oto wnętrze drewnianego kościoła, w którym, wysoko podnosząc głowę i skupiając uwagę na łuku tęczowym, z postaciami Marii i Św. Jana, stojących u stóp ukrzyżowanego Chrystusa, zauważamy równocześnie, iż drewniane sklepienie ukształtowane zostało na podobieństwo prawdziwego, czyli kamiennego – sklepienia kolebkowego z lunetami. To ciekawe „przeniesienie”. W sąsiednim ujęciu, patrzymy na szczyt kościoła, wzniesiony z piaskowca i pokryty czerwoną dachówką. W nim – wnęka, lśniąca bielą, której kształt podkreśla obramowanie z czerwonej cegły. Wewnątrz półkolistej wnęki – postać Chrystusa Frasobliwego. Co tutaj zwróciło uwagę autorki? Prawdopodobnie czystość barw i kształtów.

Znajdujemy dwie fotografie, które mogą stanowić symboliczną ramę dla tej ekspozycji. Jedna przedstawia delikatną, ażurową bramę, z drewna, pochodzącą, być może, z okresu XX – lecia międzywojennego, którą wmontowano, wtórnie, w starsze, kamienne odrzwia, z końca XIX wieku. Ta dziwna całość tchnie atmosferą rokoka. Nic o tej bramie nie wiemy, poza tym, że jest zamknięta, a za nią majaczy jesienny pejzaż. Kolejny kadr pokazuje drewniany dom na wzniesieniu, które obrośnięte jest zielenią i kwiatami. Stary dom, wtulony w drzewa i krzewy, też pozostaje dla nas tajemnicą. Dostrzegamy otwarte okno, w białej ramie, którym dom patrzy w przestrzeń.

Pejzaż Urszuli Sobkowiak jest naturalny. Artystka go nie kreuje i nie przetwarza. Ona go znajduje i ujmuje w przemyślany kadr. A następnie, prezentuje w ciekawych sekwencjach tematycznych. Sobkowiak całkowicie spełnia się w fotografowaniu przyrody. Wyraziste ślady ludzkiej działalności i obecności, jak kościoły, przydrożne kapliczki oraz cmentarze, stanowią prawie organiczną część krajobrazu, wkomponowaną w jego ukształtowanie, barwy i światło. Wszystko, co przedstawia Urszula Sobkowiak, trwa we wzajemnej harmonii i ciszy. W pobudzonej obrazami wyobraźni widza, ciszę tę wypełnia jedynie szum lasu, śpiew ptaków i szmer nurtu wody. Niebo odbija się w akwenach i kałużach, w całość łącząc, przeciwne sobie, żywioły natury, która tu istnieje wyjątkowo łagodnie. Jego błękit unosi się nad otwartym pejzażem i leśnymi drogami. Powietrze jest tak czyste, że napełnia całe płuca w głębokim oddechu. Spokój, podobnie jak czas, przenika różne formy natury i otaczającą je przestrzeń.

Autorka fotogramów potrafi zauważyć piękno skromnych widoków. Rozważa każdy ich element. Nie szuka efektów. Zupełnie, jakby zapewniała, że wystarczy ta  pochylona, przerzedzona brzózka, oglądana na skraju sosnowego lasu, z widokiem na jezioro, w jesienny, pogodny dzień. Albo jeszcze zachód słońca, pokazany w mocnych barwach, z kłębowiskiem szarych chmur, „obserwowany” przez dostojne smreki, po lewej. To już na pewno dość. W tych zwykłych pejzażach jest więc pewna, ukryta, nadzwyczajność. To co widzimy, nie jest tak proste, jak może się nam wydawać.

Skromność motywów. Wewnętrzna spójność krajobrazu. Wartość szczegółu. I brak granicy pomiędzy sacrum i profanum, jak w tym kadrze, gdzie patrzymy na kamienny pomnik, zwieńczony krzyżem, który od górskiego pejzażu oddziela tylko lekkie, drewniane ogrodzenie.

Hanna Strychalska