Strona główna » Drogi do wolności (IX)

Drogi do wolności (IX)

Jako Polacy możemy cieszyć się – jakkolwiek makabrycznie to brzmi – że wojna nie skończyła się w 1916 roku. Mimo oznak zmęczenia każdej ze stron, to alianci byli bliżsi klęski. Co więcej, żadne ich posunięcie nie załamało państw centralnych. Na koniec 1916 roku Austro-Węgry, mimo  że walczyły już na czterech frontach, trzymały się dzielnie. Alianci, chcąc wbić nóż w plecy Berlinowi, postanowili skutecznie pozbyć się słabszego z państw centralnych – czyli Wiednia. By tego dokonać wciągnęli do  wojny Rumunię. Plan był prosty. Rumunii atakują samo serce monarchii naddunajskiej, skutecznie eliminując ją z teatru wojny.  Założenie słuszne, którego obawiano się zarówno w Wiedniu jak i w Berlinie, okazało się niemożliwe do wykonania. Po kilkudniowych sukcesach Rumunów, armia niemiecka wspierana przez posiłki austro-węgierskie, dotkliwie pobiła wojska z Bukaresztu. Przerażeni Rumunii liczyli na pomoc Rosji. Tymczasem Rosja, sama będąc już na granicy wytrzymałości, wysłała tylko niewielkie wsparcie. Plan aliantów się nie powiódł. Państwa centralne nie tylko nie doznały klęski, ale zajęły jeszcze dwie trzecie Rumunii.  Kampania pokazała jednak, że pokoju trzeba szukać jak najszybciej. Zarówno Wiedeń jak i Piotrogród ciągnęły już ostatkiem sił.  Obie stolice zostaną w zasadzie zdradzone przez swoich sojuszników. Wiedeń zatonie poprzez niemiecką butę. Piotrogród zostanie w decydującym momencie porzucony przez Paryż – a przede wszystkim przez Londyn. 

Niemcy, co prawda za pośrednictwem Amerykanów, wystąpią o pokój w 1916 roku. Jednak warunki przez nich wysunięte będą tak absurdalne, że aż trudno uwierzyć, że rzeczywiście sformułowali je na poważnie.

Na zachodzie w 1916 roku Brytyjczycy wprowadzą nową rewolucyjną broń – czołg Mark I. By uchronić się przed ewentualnymi niemieckimi szpiegami, nową broń opracowywali w dokach, nazywając ją dla niepoznaki „zbiornik” czyli „tank”. Ich konspiracja okazała się niepotrzebna. Gdy wprowadzili do walki pierwsze kilkadziesiąt sztuk, Niemcy całkowicie zignorowali wynalazek. Tak, ci sami Niemcy, którzy później będą rozjeżdżać Europę swymi pancernymi zagonami, w pierwszej chwili w ogóle nie dostrzegli potencjału nowego pomysłu.

Komitet Narodowy Polski

Komitet Narodowy Polski

Jak wspominałem poprzednio, przedstawiciele Komitetu Narodowego Polskiego (z zaboru rosyjskiego) widząc słabnącą rolę Rosji, postanowili ją porzucić. Pojechali w styczniu roku 1916 do Londynu, a następnie do Paryża. Spotkali tam Erazma Piltza i innych polityków polskich, którzy opuścili kraj i udali się już przedtem na zachód. Po porozumie­niu i wyjaśnieniu sobie stanowiska wobec spraw wynikających z przebiegu wojny, nakreślili sobie plan działania i podzielili się pracą, osiadłszy w różnych stolicach europejskich: Roman Dmowski w Londynie, E. Piltz w Paryżu, M. Seyda w Lozannie. Nawiązali stosunki z rządami koalicji, pracowali zaś nad tym, by w opinii narodów koa­licji i w umysłach mężów stanu, kierujących polityką tychże państw, sprawę polską dobrze naświetlić. W Lozannie, pod kierownictwem E. Piltza, a później M. Seydy, powstała agencja (biuro) prasowa, która stale informo­wała rządy sprzymierzone i gazety zagraniczne o sprawach polskich. Agencja ta istniała do roku 1919 i oddała sprawie pol­skiej wielkie usługi. Po pewnym czasie postanowiono dobrać więcej ludzi, zjednać stronnictwa chwiejące się jeszcze i wytworzyć taki komitet, który zjednoczyłby wszys­tkie wysiłki patriotów polskich (oczywiście bez tych popierających opcję niemiecką) i byłby uznany przez rządy sprzy­mierzone – za przedstawicielstwo narodu polskiego. Zjazd zjednoczeniowy działaczy polskich odbył się w Lozannie 15 sierpnia 1917 roku. Założycielami i pierwszymi delegatami Komitetu Narodowego Polskiego (emigracyjnego) byli: Roman Dmowski, Erazm Piltz, Jan Rozwadowski, Marjan Seyda, ordynat Maurycy Zamoyski, Ignacy Paderewski. Konstanty Skirmunt i Władysław Sobański. Komitet obrał sobie siedzibę w Paryżu, na prezesa wybrał R. Dmowskiego, a na przedstawicieli: w Ameryce – Ignacego J. Paderewskiego, w Londynie – Władysława Sobańskiego, w Rzymie – Konstantego Skirmunta. Na zebranie założycielskie komitetu przyjechał delegat z kraju, który symbolicznie w imieniu wszystkich stronnictw popierających KNP, przywiózł poparcie i uznanie dla KNP jako reprezentanta sprawy polskiej wszystkich trzech zaborów na arenie międzynarodowej. Rząd francuski uznał Komitet jako przedstawicielstwo narodu polskiego 20 września, rząd angielski 15 października, rząd włoski 30 października, wreszcie rząd Stanów Zjednoczonych 10 listopada 1917 r. KNP w programie wysuwał żądanie niepodległości Polski, między innymi o: dostęp do morza oraz przyłączenie Górnego Śląska. Działacze KNP chcieli uzyskać od koalicji antyniemieckiej potwierdzenie utworzenia niepodległej Polski. Parli do powołania niezależnej armii polskiej.  Za akcję polityczną bezpośrednio odpowiadał Roman Dmowski oraz prezesi poszczególnych oddziałów krajowych. Pod nieobecność Dmowskiego pracami KNP kierował Maurycy Zamoyski.

Dziwny rok 1917

W lutym 1917 roku w Rosji wybuchła rewolucja. Obalono carat i utorowano drogę do władzy bolszewikom. Niezadowoleni z postawy Rosji sojusznicy, którzy na dobrą sprawę kompletnie nie rozumieli specyfiki tego kraju, nie tylko, tak jak w przypadku Francji nie zrobili nic, by rewolucji zapobiec, ale jeszcze (Wielka Brytania) do niej zachęcali. Sojusznikom wydawało się, że słabnący i prący powoli do pokoju carat jest przeszkodą w dalszym prowadzaniu wojny przez Rosję. Jak krótkowzroczne było to myślenie nie muszę chyba nikogo przekonywać.

W Wiedniu doskonale zdawano sobie sprawę z tego, jak w miarę trwania konfliktu, pogarsza się sytuacja Austro-Węgier. Cesarz Karol I próbował sondować w Berlinie zgodę na powolne wycofywanie się jego monarchii z teatru wojny. Nie tylko chciał odstąpić Niemcom przyszły nadzór nad Królestwem Polskim, ale odstępował Galicję, która miała po prostu zostać dołączona do Królestwa Polskiego!  Zwracano też uwagę na szerzące się wśród Słowian wpływy rewolucyjne. Niemcy, jak łatwo się domyślić, nie traktowali obaw sojusznika do końca poważnie. W świetle tych informacji niezwykle przygnębiająco wyglądają wysiłki środowisk konserwatywno-ziemiańskich, niemalże do końca wojny zabiegających o poparcie Wiednia dla sprawy polskiej.

Pierwszego lutego 1917 roku Niemcy ogłosiły bezwzględna wojnę podwodną. Planowały zniszczyć gospodarczo Anglię i Francję. Sfery decyzyjne nie chciały słuchać głosów rozsądku apelujących, aby tego samobójczego kroku nie robić.  Efektem wojny podwodnej, zamiast złamania Wielkiej Brytanii i Francji, było zrażenie do siebie państw neutralnych oraz przystąpienie do konfliktu Stanów Zjednoczonych.  Społeczeństwo amerykańskie było niechętne wojnie. Poza tym USA zarabiało ogromne pieniądze na handlu z obydwoma stornami sporu w Europie. Wojna podwodna tę sytuacje zmieniła, błyskawicznie wytwarzając nastroje antyniemieckie. Prezydent Woodrow Wilson zaczął po cichu przygotowywać kraj do włączenia się do „europejskiej batalii”, co formalnie nastąpiło 6 kwietnia 1917 roku.

Mało znanym faktem jest katastrofalna sytuacja Francji w 1917 roku. Francuzom udało się ściągnąć, w celach propagandowych, jedną dywizję rosyjską. Dywizja okazała się w pełni zrewolucjonizowana i wkrótce odesłano ją z powrotem do Rosji. Zdążyła jednak zasiać ziarno rewolucji w szeregach armii francuskiej. Wiosną 1917 roku widmo przewrotu zawisło nad Sekwaną. Poszczególne dywizje nie tylko przestały wyrażać chęć walki z Niemcami ale zaczęły grozić marszem na Paryż. Sytuację udało się opanować nowemu dowódcy armii francuskiej – generałowi Filipowi Petain. Późniejszy marszałek Francji zdawał sobie jednak sprawę z powagi sytuacji i po ugaszeniu pożaru wśród żołnierzy nie planował szybko kolejnej ofensywy przeciw Niemcom, by nie zaogniać stosunków wewnętrznych.

Niezależnie od naszych osobistych zapatrywań, musimy sobie zdawać sprawę, że kwestia Polska wciąż nie była traktowana poważnie. Z jednej strony, zaszła istotna zmiana – od nic nie znaczących odezw – do, wydawałoby się, realnych projektów. Z drugiej strony, daleko było jeszcze do traktowania Polaków po partnersku. Niemcy zapowiadali powołanie satelickiego Królestwa Polskiego, choć nie chciało im się nawet od końca określić granic przyszłego państwa – zostawiając to „na później”. Po drugiej stronie barykady, ci sami politycy którzy, przyjmowali delegatów KNP i ze zrozumieniem kiwali głowami słysząc o postulatach niepodległości Polski, niemal w tym samym czasie prowadzili zakulisowe rozmowy pokojowe z Wiedniem, w których – jak łatwo się domyślić – sprawa polska w ogóle się nie pojawiała.

Na naszą korzyść działał czas. Im gorzej wiodło się stronom walczącym, im bardziej były wyczerpane przedłużającą się wojną, tym poważniej traktowano polskich działaczy.

 

Michał Gackowski