Strona główna » Historia Laury Gabrieli – świadectwo Renaty i Pawła

Historia Laury Gabrieli – świadectwo Renaty i Pawła

Każdy człowiek ma ważne momenty w sowim życiu, na niektóre z nich się czeka, a inne spadają na niego, jak modne ostatnio słowo, błyskawica. To ostatnie sformułowanie nie jest użyte przypadkowo, wiele bowiem z tego, co chcemy opisać, wydarzyło się niczym błyskawica, było nagłe i gwałtowne, na zawsze zmieniło nasze dusze i serca, w przeciwną jednak stronę, niż chcą tego, maszerujące ostatnio kobiety, z pod znaku błyskawicy…

Pan Bóg jest wszechmocny i zaskakujący. Długo czekaliśmy na siebie i długą mieliśmy do siebie drogę, bo ok. 500 km – z Kujaw w Beskidy. Góralka i Kujawianin – długo czekaliśmy na siebie ale bardzo krótko na pierwsze dziecko. Byliśmy zdumieni i trochę skonfundowani, gdy dowiedzieliśmy się, że będziemy rodzicami. Jeszcze dobrze nie ułożyliśmy sobie małżeńskiego życia, nie wybraliśmy, gdzie będziemy mieszkać – w górach czy na Kujawach a tu taki plan Boży, ułożony specjalnie dla nas. Byliśmy zaskoczeni ale szczęśliwi …cały, jeden miesiąc… ponieważ, w marcu 2016 roku, w czasie pierwszych badań prenatalnych, dowiedzieliśmy się, że na 98% nasze dziecko będzie chore… W dodatku nie chodziło o chorobę, którą można leczyć lub wyleczyć albo taką, która jest bardziej lub mniej uciążliwa… rzecz dotyczyła nieuleczalnej choroby genetycznej tzw. Zespołu Downa czyli obecności dodatkowego 21. chromosomu. Tak naprawdę od tego momentu, od pierwszej diagnozy lekarskiej, zaczyna się zwrot w naszym życiu o 180 stopni. Wszystko podporządkowaliśmy walce o zdrowie naszego dziecka, czyli walce o cud. Zanim opiszemy ową walkę o Bożą interwencję, chcielibyśmy  wspomnieć o tym, co robiliśmy, jako ludzie – w dużej mierze racjonalni – korzystający z pomocy współczesnej medycyny. I cóż nam zaproponowała medycyna w zaistniałej sytuacji? Po tak druzgocących wynikach i diagnozie, powtarzaliśmy badania, jeździliśmy po uznanych gabinetach prywatnych na Śląsku – i wszędzie usłyszeliśmy: nieuleczalna choroba genetyczna. Szansa na zdrowe dziecko, przy takich wynikach to maksymalnie 2%. W tym momencie powinniśmy od lekarzy usłyszeć jakieś słowa wsparcia, odczuć empatię i rzeczywiście zdarzało się to, w pewnym stopniu ale na najważniejszych badaniach, dowiedzieliśmy się, że jedynym rozwiązaniem, jakie może nam zaoferować medycyna, jest aborcja. Dodatkowo bardzo symptomatyczna sytuacja: pani doktor wykonująca badanie USG, na jego początku mówi do nas: „no to zobaczmy dzidziusia”, a gdy okazuje się, że dziecko prawie na pewno jest chore, zaczyna mówić, że płód nie ma wykształconej kości nosowej… Taka oto retoryka, zagłuszacz sumienia… Medycyna i lekarze nam nie pomogli, choć przynajmniej lekarz prowadzący ciążę, zachowywał się neutralnie, szanując naszą decyzję, decyzję o urodzeniu dziecka. Przerwanie ciąży, czyli jak pięknie mówią lekarze „terminacja”, nigdy nie wchodziło w grę. Mimo że byliśmy po ludzku załamani i zdruzgotani, nie moglibyśmy odebrać życia naszemu, nienarodzonemu dziecku… Prawdę powiedziawszy, czas od marca do sierpnia 2016 roku, to był, jak dotąd najtrudniejszym okresem w naszym życiu. Chyba pierwszy raz, poczuliśmy, że po ludzku, nic a nic nie możemy zrobić, całkowita bezsilność… Mogliśmy tylko czekać i się modlić. Kilka dni po pierwszej diagnozie, postanowiliśmy pojechać do Częstochowy. Mieszkaliśmy wówczas jakieś 120 km od Jasnej Góry, dlatego obiecaliśmy sobie, że przez cały okres ciąży, będziemy jeździć do Matki Bożej, systematycznie co dwa, trzy tygodnie, prosząc o cud uzdrowienia. Od początku czuliśmy, że to będzie córka i późniejsze badania potwierdziły płeć dziecka. My zaś oddaliśmy córkę Laurę opiece Matki Bożej. Oprócz pielgrzymek do Częstochowy, nasi rodzice i siostra Magdalena odmawiali w intencji zdrowia naszego dziecka Nowennę Pompejańską, my zaś, aż do porodu, w sierpniu, odmówiliśmy trzy takie Nowenny Pompejańskie (czwartej nie dokończyliśmy z racji narodzin dziecka). Nowenna Pompejańska to modlitwa różańcowa, która polega na odmawianiu codziennie wszystkich części różańca przez 54 dni. Na początku wydawało się nam, że w ciągu jednego dnia, nie da się odmówić tylu różańców, ale tylko tyle i aż tyle mogliśmy zrobić dla naszej nienarodzonej jeszcze córeczki. Tak naprawdę, każdy kolejny dzień musiał być podporządkowany różańcowi i najczęściej, także codziennej Eucharystii. Modlitwa i Eucharystia stały się rytmem naszego życia i tak upływał kolejny dzień i kolejny… aż przyszło skrócenie naszego oczekiwania i 14 sierpnia 2016 roku, we wspomnienie świętego Maksymiliana Kolbe, o cztery tygodnie za wcześnie, urodziła się nasza córka Laura Gabriela, całkowicie zdrowa.

Dziś ma 4 i pół roku i jest najradośniejszym dzieckiem w rodzinie. Niektórzy mówili, że to przypadek lub pomyłka lekarzy z diagnozą o chorobie naszego dziecka, cóż, nie każdy uwierzył w zmartwychwstanie Pana Jezusa i nie każdy musi uwierzyć w nasz prywatny cud… My jesteśmy pewni, że Pan Jezus,  za wstawiennictwem swojej Matki, uzdrowił naszą córkę i dotknął serc, wierzących w cud rodziców.

Zielonka, luty 2021 r.