Strona główna » Ilu Żydów naprawdę uratowali Polacy?

Ilu Żydów naprawdę uratowali Polacy?

Już od wielu lat można zaobserwować swoistą zachodnią „modę” na zrzucanie winy na Polaków – za niemieckie zbrodnie na narodzie żydowskim. Nie jest to ani proces przypadkowy, ani wynikający z braków w edukacji. Wiele pracy w uwiarygodnienie tego absurdalnego oskarżenia włożyli sami Niemcy, którzy już w trakcie wojny doskonale wiedzieli, że rzeź, której dopuścili się na Żydach będzie wyglądała „niemarketingowo”. Wiele źródeł wskazuje na to, że zaczęto wtedy wdrażanie planu, którego celem było „obmycie” Państwa Niemieckiego z dwóch największych zbrodni wojennych: ludobójstwa na Żydach i ludobójstwa na Polakach. Założenie było bardzo proste: jeśli świat zacznie winić Polskę za Holokaust, to masowe mordy na Polakach przejdą bez echa – bo kto by chciał stawać w obronie mordercy?

Zbrodnia doskonała

Żyjąc w XXI wieku – 75 lat po wojnie, najlepiej widać jak skuteczna okazała się ta metoda. Mimo że spośród narodów uhonorowanych przez Instytut Yad Vashem za ratowanie Żydów, Polacy stanową nieporównywalnie największą grupę (ponad 7 000 osób), to w  żaden sposób nie wpływa to na powszechne, publiczne obwinianie Polski o niemieckie ludobójstwo. Większego znaczenia dla tego procesu nie ma też ciągłe odkrywanie nowych niesamowitych historii naszych rodaków, odpowiedzialnych za uratowanie tysięcy wyznawców judaizmu – tak jak ujawniona niedawno działalność konsula RP w Stambule – Wojciecha Rychlewicza.

Wojciech Rychlewicz

Kolejny Polak, który uratował tysiące Żydów

Badaniem losów Wojciecha Rychlewicza zajął się izraelski dziennikarz Bob Meth. Na ślad dokonań polskiego konsula trafił we wspomnieniach spisanych przez swoją mamę 20 lat wcześniej. Ellen C. Meth, która urodziła się jako Edwarda Wang, opowiedziała w nich, jak Rychlewicz pomógł im w Stambule uciec przed niemiecką eksterminacją. Dziennikarz przez wiele lat starał się dowiedzieć, kim był człowiek, który ocalił jego matkę, dziadka i innych krewnych. W zapiskach niestety nie padało jego nazwisko.

We wspomnieniach Ellen C. Meth relacjonowała jak polski konsul uratował ją i jej najbliższych. W czasie wojny, gdy przedostali się ze Lwowa przez Odessę do Stambułu, problemem nie do pokonania okazało się wydostanie z Turcji.

„Spędzaliśmy dzień za dniem, chodząc od konsulatu do konsulatu, czekając w niekończących się kolejkach tylko po to, by dostać wniosek wizowy do wypełnienia albo porozmawiać z urzędnikiem, który nie miał dla nas żadnych dobrych wieści – żaden kraj nie był skłonny udzielić nam schronienia” – wspominała Ellen Meth.

Wreszcie trafili do Konsulatu Generalnego RP, dzięki znajomemu, który opowiedział im o brazylijskich wizach czekających na Polaków. Ale takie zezwolenie na pobyt można było dostać pod jednym warunkiem – że jest się katolikiem.

Nie było żadnego wręczania pieniędzy

Po dotarciu do Rychlewicza, Ellen Meth wraz z ojcem i resztą rodziny od ręki otrzymali dokumenty stwierdzające, że są polskimi katolikami. Następnie, w lipcu 1940 r. – dzięki tym zaświadczeniom – wszyscy dostali brazylijskie wizy. To na tej podstawie inne państwa zgadzały się na ich wjazd na swoje terytoria.

Jedna z metryk chrztu wydana przez Konsula Rychlewicza rodzinie Ellen Meth

„Mogę stwierdzić jako fakt, że nie było żadnego wręczania pieniędzy. Jedyne czego żałuję, to że nie pamiętam jego imienia, bo człowiek ten z pewnością zasługuje, by być pamiętanym i uhonorowanym za uratowanie życia setkom Żydów” – napisała Ellen Meth, odnosząc się do działalności polskiego konsula.

Zdecydowanie więcej tego rodzaju dokumentów, wystawionych dzięki Rychlewiczowi, odnaleziono w Archiwum Akt Nowych:

„Wszystkie datowane na lata wojny, większość po francusku, niektóre po turecku i polsku. Znaczna część dokumentów, to potwierdzenia wyznania katolickiego dla osób o ewidentnie żydowskich imionach i nazwiskach, jak Salome Rokeach czy Morduch Epsztajn – dowód, że Rychlewicz wiedział, komu wystawia zaświadczenia” – czytamy w artykule, w którym izraelski dziennikarz zwrócił uwagę na fakt, że papiery te pozwalały „oszukać” brytyjskie władze – odmawiające wjazdu Żydom do kontrolowanej przez nie Palestyny. Bob Meth wskazuje, że polski konsul mógł wydać fałszywe dokumenty nawet kilku tysiącom Żydów. Zaświadczenia te były jak „bilet życia” – bo pozwalały też ominąć blokady migracyjne kilku innych państw i umożliwiały wyjazd do obu Ameryk.

Aleksander Ładoś

Jak udało się odnaleźć polskiego bohatera?

Bob Meth dotarł do informacji o Rychlewiczu m.in. kontaktując się z obecnym ambasadorem Polski w Turcji Jakubem Kumochem.

„Według naszej wiedzy każdy, kto otrzymał dokumenty wystawione przez Rychlewicza – przeżył, a Turcja, która odmówiła Niemcom zamknięcia polskich przedstawicielstw w 1939 r., nie sprzeciwiała się jego operacji” – powiedział po zbadaniu akt ambasador Kumoch. Poinformował też, że do tej pory udało się zidentyfikować blisko pół tysiąca nazwisk, aczkolwiek z depeszy ówczesnego ambasadora Polski w Turcji – Michała Sokolnickiego wynika, że może być ich łącznie nawet kilka tysięcy. Jakub Kumoch zwrócił przy tym uwagę, że działania Rychlewicza najprawdopodobniej były realizowane za przyzwoleniem polskiego rządu.

Na marginesie dodać należy, że Jakub Kumoch w latach 2016-2020 był ambasadorem RP w Szwajcarii i przyczynił się do upowszechnienia wiedzy o roli, działającej tam w czasie wojny, Grupy Ładosia (zwanej też Grupą berneńską). Była to kolejna konspiracyjna organizacja polskich dyplomatów, zaangażowanych w niesienie pomocy wyznawcom judaizmu. Aleksander Ładoś i jego podwładni stworzyli system masowego fałszowania paszportów różnych krajów z Ameryki Południowej. Uratowali w ten sposób ok. 10 tys. europejskich Żydów przed deportacją do niemieckich obozów zagłady. Po ujawnieniu tych dokumentów Instytut Yad Vashem przyznał tytuł Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata jednemu z członków grupy – konsulowi Konstantemu Rokickiemu. Reszta polskich działaczy – w tym również Aleksander Ładoś, do tej pory nie zostali uhonorowani przez izraelską instytucję.

Konsul-ratownik z karabinem w ręku

Wojciech Rychlewicz urodził się w 1903 r. w Mielnikowcach na terenie dzisiejszej Białorusi. W wieku 17 lat wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej. W 1920 r. przeniósł się do Wilna, gdzie zdał maturę i wstąpił na tamtejszą politechnikę, na której studiował inżynierię wodną. Szefem Konsulatu Generalnego RP w Stambule został w 1937 r. Pełnił tę funkcję do 1941 r., kiedy to opuścił Turcję – tą samą drogą, co żydowscy „katolicy”. W Palestynie wstąpił do Armii Andersa, przeszedł z nią cały szlak bojowy we Włoszech – łącznie z bitwą o Monte Cassino – i w randze podporucznika zakończył służbę. Następnie, zajmował się organizowaniem pomocy dla polskich uchodźców w Austrii. Po zakończeniu wojny, tak jak większość jego rodaków, nie mógł wrócić do Polski. Nad Wisłą czekałoby go prawdopodobnie komunistyczne więzienie bądź wyrok śmierci za „zdradę ojczyzny”.

Po 1946 r. Rychlewicz przeniósł się z żoną do Londynu. Zjednoczone Królestwo niestety bardzo szybko „zapomniało” o zasługach swoich wojennych sprzymierzeńców. Rychlewicz, podobnie jak pozostali Polacy z Armii Andersa, dywizji pancernej gen. Maczka, dywizjonów lotniczych i wielu innych jednostek, został pozbawiony jakichkolwiek świadczeń wojskowych – standardowo przysługujących żołnierzom alianckim. Zmarł w Wielkiej Brytanii w 1964 r.

 

 Opracowanie: Kajetan Soliński
Podziękowania dla
dr. Tomasza Sypniewskiego

 

Podobne artykuły: