Strona główna » Wiara na emigracji (część 3)

Wiara na emigracji (część 3)

 

Z ks. Andrzejem Niskim rozmawia Iwona Sokołowska

Ks. Andrzej Niski, kapłan diecezji Aberdeen, proboszcz parafii Św. Wawrzyńca w Dingwall w Szkockich Highlandach. Studiował w Rzymie i w Anglii. Do Szkocji przybył jako młody student poszukujący pracy na wakacje 2005 r. Tu po 4 latach odnalazł swoje powołanie i tej ziemi służy. Jednak z krwi i kości Polak, noszący w sobie całe dziedzictwo wiary, tradycji i kultury wyniesione z ojczystego kraju. Rozumie rozterki rodaków i zmiany zachodzące w Kościele. Młody, skromny kapłan o szlachetnym sercu, a jednocześnie wielkiej sile ducha i mądrości.

 

Iwona Sokołowska

IS: Rozprzestrzeniająca się epidemia wirusa przyniosła szereg zmian w życiu Kościoła. Wygląda to różnie w poszczególnych krajach, w zależności od rozporządzeń rządowych i decyzji władz kościelnych. W Szkocji zalecane jest przyjmowania Komunii św. do rąk i na stojąco ze wskazaniem natychmiastowego wyjścia z kościoła. Jest to dla nas Polaków bardzo trudne do przyjęcia. Czy przyjmowaniem Komunii św. do rąk jest grzechem, profanacją? Jak powinniśmy się w takiej sytuacji zachować?

 

ks. Andrzej Niski

ks. AN: Komunia Święta przyjmowana na dłoń jest formą usankcjonowaną przez Kościół, dlatego myślę, że nie należy tego rozpatrywać w kategorii profanacji czy, tym bardziej,  grzechu. Oczywiście pod warunkiem, że mówimy tutaj o właściwej intencji przyjmującego Komunię Św., uważności i szacunku przy samym przyjmowaniu wyrażonym w postawie ostrożności i pobożnego skupienia.

Tym niemniej, z powodów, które wymagałyby szerszego rozwinięcia, niż ta nasza rozmowa pozwala, ja jestem sceptycznie usposobiony wobec tej formy przyjmowania Komunii, choć oczywiście nikomu, kto tak przystępuje jej nie odmawiam.

Mogę powiedzieć o moim własnym doświadczeniu, nie tak dawno temu przecież księdzem jeszcze nie byłem i mam żywo w pamięci jak to jest być wyłącznie po stronie ‘przyjmującego’. Przed wstąpieniem do seminarium tutaj w Szkocji, jeszcze w Polsce, spotkałem się z taką formą przyjmowania Komunii – choćby w ramach wspólnot neokatechumenalnych. Sam też przyjmowałem tak Komunię przez dłuższy czas, przed i w trakcie seminarium, starając się czynić to starannie i pobożnie. Pamiętam bardzo mocno jednak pewną wieczorną mszę świętą w seminarium, była to taka cicha, zwyczajna msza. Po przyjęciu Komunii wróciłem na swoje miejsce i jakoś tak oglądałem swoje dłonie na których to przed chwilą spoczywał „Król Królów’ i ‘Pan Panów’ mając w swojej głowie poetyczne myśli o tajemnicy Bożej pokory i takie tam… i tak przyglądając się swojej dłoni dostrzegłem na niej coś jakby okruszek Hostii – zacząłem się temu przyglądać i doszedłem do wniosku, że nie sposób rozstrzygnąć, co to właściwie jest, czy rzeczywiście okruszek, czy tylko paproszek…. Natomiast natychmiast, w jednej chwili, dotarła do mnie zupełna absurdalność tej sytuacji i niedorzeczność tego, że w ogóle znajduję się w sytuacji, gdzie muszę przeprowadzać jakieś dochodzenie w sprawie tego co dokładnie znajduje się na mojej dłoni! Jakby oczyma duszy zobaczyłem naraz wszystkie piękne procesje Bożego Ciała, gdzie z wielkim nabożeństwem i bojaźnią niesie się Najświętszy Sakrament starannie zabezpieczony w Monstrancji ze wspaniałym kunsztem otaczany chwałą i czcią, gdzie ludzie padają na kolana nieśmiało pozwalając sobie by spojrzeć na ‘’Jezusa utajonego w Hostii tej’’…. Mogę powiedzieć, że doświadczenie tego kontrastu zmieniło moje serce – no bo z jednej strony choćby najmniejszy kawałek Hostii otaczamy wielką czcią przez specjalne naczynia, bieliznę liturgiczną, ściśle określone obrzędy i rytuał przewidziany na różne okazje, kiedy obcujemy z postaciami Eucharystycznymi…. A z drugiej taka śmiała banalizacja, którą widać w zasadzie w każdej parafii, w której przyjmowanie ‘na rękę’ jest dominującą formą. Nie bez powodu Kościół wypracował w swojej mądrości piękne rytuały, które właściwą treść wiary miały ugruntowywać w naszej świadomości. Człowiek współczesny nagle poczuł się znacząco inny od przodków i z pewną nonszalancją odrzuca wypróbowane formy.

Co ciekawe – i nie bez znaczenia dla tego problemu – są przecież opracowania psychologów behawioralnych na temat tego, jak nasze gesty i zwyczaje wpływają na przekonania. Myślę, że trzeba albo złej woli, albo ignorancji, by wciąż upierać się, mając za sobą prawie 50 letnie doświadczenie, że Komunia święta na rękę nie osłabia ducha pobożności, nie kwestionuje, przynajmniej gdzieś w podświadomości, wiary w rzeczywistą obecność Naszego Zbawiciela w postaciach Eucharystycznych – konsekrowanej Hostii.

Wracając do pytania – co robić… drogi bracie, droga siostro – zadaj sobie to pytanie – czy wierzysz, że w konsekrowanej hostii JEST Nasz Pan i Zbawiciel? Jeśli sumienie Ci mówi: tak, ja wierzę; tak: to JEST ciało Chrystusa, to mów to AMEN nie tylko słowem, nie tylko postawą wewnętrzną, ale także gestem, rytuałem, który jest adekwatny dla rzeczywistości, w którą wchodzimy, a jest nią spotkanie stworzenia ze Stwórcą, grzesznika ze Świętością, miłującego z Umiłowanym… niech wyraża się to zewnętrznie… tak samo jak i w naszych relacjach ludzkich! Nie chcę tu sugerować, że kto przyjmuje Komunię Świętą na rękę nie ma stosownej dyspozycji wewnętrznej – można przyjmować z wielką wiarą, pobożnością i szacunkiem także na dłoń. Na pewno jednak forma ta na dłuższą metę nie ułatwia ćwiczeniu siebie w wierze – a wiara to pewna sprawność (czyli cnota), wymaga więc ćwiczeń.

Jeśli komuś sumienie podpowiada, że komunia na rękę nie jest najszczęśliwszą formą przyjmowania Naszego Pana, niech przynajmniej nie zagłusza tego głosu sumienia i sprawę bada. Dużo jest solidnych opracowań, zwłaszcza w języku angielskim, które rzeczowo dowodzą, że Komunia na rękę w formie z jaką mamy do czynienia współcześnie jest istotnie radykalnym odejściem od tradycji, nawet tej starożytnej, na którą, z pewną nieuczciwością intelektualną, powołują się jej propagatorzy.

Jeśli ktoś czuje, że Komunia na rękę niesie ryzyko utraty pokoju w sercu i może przynieść wątpliwości to może lepiej pójść za tym głosem serca i przyjmować Komunię duchowo do czasu zniesienia tych różnych utrudnień? Jeśli ktoś rozeznaje, że nie jest to dostatecznym powodem, by odmawiać przyjęcia Komunii, niech przyjmując Komunię święta na dłoń czyni to z wielką troską i ostrożnością, tak by dać świadectwo swojej wierze w Realną Obecność Chrystusa w Eucharystii. Niestety nie ma tutaj łatwej do udzielenia rady. To jest trudna sytuacja, z którą się mierzymy dzisiaj w Kościele łącząca w sobie wiele zagadnień – przepisów liturgicznych, dyscyplinarnych, kanonicznych, a wreszcie dogmatycznych. Jest to smutne, że tylu wiernych nagle musi się konfrontować z problemami i pytaniami, do których nikt ich nie przygotował. Jest to jakaś niesprawiedliwość, której w Kościele doświadczamy z przyzwolenia Bożej Opatrzności. Skoro jednak dobry Bóg to dopuszcza, to trzeba nam jakoś w cierpliwości to znosić.

Słuchajmy swoich sumień, pilnujmy by te sumienia były dobrze uformowane przez lekturę Pisma Świętego, życiorysy i nauczanie świętych – o, jak dobrze jest wtedy być w pokoju ze swoim sumieniem! To naprawdę jest miejsce objawiania się Boga w nas, o tym sam Pan Jezus nas zapewnił, gdy mówił o Duchu Świętym, którego pośle. Bóg Ojciec na pewno wynagrodzi temu, kto upomina się o cześć dla swojego Syna.

IS: Czy istnieje zagrożenie rozłamu w dzisiejszym KK na tradycjonalistów i modernistów? Jakie kryterium oceny przyjąć za słuszne w ocenie często sprzecznych głosów Kościoła?

ks. AN: Rozłam w Kościele już jest. W istocie zawsze był i to nawet od czasów apostolskich (Judasz). Staram się unikać określeń, które mają kogoś przyporządkować do tej czy innej frakcji. Czasami jest to jednak nieodzowne, umiejętność operowania kategoriami i zdolność rozróżniania jest niezbędna do logicznego myślenia i sensownej dyskusji. Ważne też, by nie bać się zła nazywać złem. Tym niemniej dzisiaj jesteśmy skonfrontowani z takim pomieszaniem znaczeń różnych pojęć, dowolnością interpretacji, chaosem informacyjnym, że bezpieczniej jest wstrzymywać osąd o innych, bo a nuż źle zinterpretujemy czyjeś intencje i ‘wylejemy dziecko z kąpielą’ – a przecież o każdą duszę trzeba walczyć, w każdym trzeba widzieć potencjalnego świętego. Ze względu na ten wszechogarniający chaos myślę, że szczególnie dzisiaj najpilniejszym zadaniem jest nieustanne badanie siebie, praca nad sobą, nad własnym nawróceniem, by rzeczywiście skupić się na tym by ‘samemu nie upaść’. Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł – przestrzega św. Paweł. Jest to zresztą wypróbowana metoda ewangelizacyjna – święci są po prostu atrakcyjni, przyciągają innych ludzi ‘dobrej woli’.

Poza tym, w pewnym sensie wszyscy jesteśmy modernistami – po prostu w takim a nie innym czasie i kontekście przyszło nam się urodzić. Nie jest możliwe, by nie być pod wpływem dominującej kultury i sposobu myślenia – w różnym stopniu wszyscy jesteśmy ‘zainfekowani’ modernistycznym myśleniem. Co zatem robić? Jak się ratować? Myślę, że recepta jest jedna – są nią święci i błogosławieni, których Kościół właśnie po to nam daje, byśmy mieli jasny i czytelny przykład postępowania, byśmy z ich historii życia wyprowadzali sposób na radzenie sobie z problemami naszego pokolenia, wreszcie byśmy mieli przyjaciół w niebie, którzy jakoś już przeszli podobne trudności i teraz za nami mogą skutecznie się wstawiać. Nam nie brakuje wspaniałych postaci w historii, również najnowszej, które mogą oświecać nasze mroki, których nauczanie i życiowe wybory służyć mogą właśnie jako to ‘kryterium’, o które Pani pyta. Trwając w wierności Jezusowi w towarzystwie świętych Kościoła możemy być spokojni, że jedność budujemy, że trwamy w Kościele i z Kościołem pomimo wielu skandali podziałów. Kościół jako rzeczywistość duchowa jest jednak Jeden: solidny, niewzruszony, niepodzielny – jeśli kształtujemy swoje myślenie i życie na wzór świętych, to mamy pewność, że właśnie w ten mistyczny Kościół się włączamy, w ten Kościół, o którym Nasz Pan powiedział, że bramy piekielne go nie przemogą.

IS: LGBT ideologia czy ludzie? Walczyć czy szanować i tolerować – właściwa postawa katolika? Co przekazywać dzieciom?

ks. AN: O ludzi należy walczyć zawsze. Idee mają konsekwencje, niektóre bardzo niebezpieczne, dlatego tak – z ideami czasami należy w Boży sposób walczyć, nigdy z człowiekiem, ale zawsze z tym, co człowieka niszczy, degraduje. Mówimy, że w Kościele ludzie są zdezorientowani… a co dopiero mówić o tych, którzy w ogóle nie mają Bożego punktu odniesienia, którzy czują, że są zostawieni sami sobie przez jakieś nieokreślone fatum? Którzy czują się miotani różnymi odczuciami, pragnieniami – Miłosierdzie wymaga, byśmy patrzyli na innych z wyobraźnią, współodczuwając nawet dramat kogoś, kto uważa się za geja czy osobę trans czy inaczej nie hetero-normatywną… Za historiami tych ludzi często kryją się trudne, pogmatwane historie. Więc tak, koniecznie trzeba szanować i kochać każdego z osobna, z każdą z tych historii… nie może to jednak oznaczać tolerowania czy akceptacji dla stylu życia, który często tylko pogłębia krzywdy, która zawsze jest jakoś w takich sytuacjach związana z poczuciem tożsamości, z kompleksem braku przynależności, ze wstydem.

Niestety mamy do czynienia z zaplanowaną i konsekwentnie realizowaną strategią niszczenia tożsamości człowieka poprzez idee, które się propaguje i jakby wszczepia w sposób myślenia naszej młodzieży tak, że jest ona przekonana, że te idee są ich własne. Stąd wielu czuje, że polemizując z ideologią atakuje się ludzi, którzy taką czy inną ideę zasymilowali jako własną. To jest oczywiście bardzo brutalna manipulacja, na którą w coraz mniejszym stopniu młodzież jest odporna.

Myślę, że ciekawe jest tu zastosowanie następującej analogii: współcześnie osoba sytuująca się gdzieś w spektrum LGBTQ ma się wobec IDEOLOGII LGBT tak, jak chłopo-robotnik wobec ruchu komunistycznego w Leninowskiej Rosji. Każdy kto kwestionuje wyzwoleńczy charakter rewolucji jest uznany za ‘wroga ludu’. Współcześnie widzimy ten sam model walki ideologicznej zaprzęgnięty w kolejną odsłonę etapu walki z Bożym ładem i chrześcijańskim, cywilizowanym rozumieniem tego, kim jest człowiek. Każdy kto ma krytyczny stosunek do postulatów LGBT jest uznany za ‘wroga nowoczesnego człowieka’, dla którego nie ma być miejsca w Nowym Wspaniałym Świecie. Absurdalnym jest sugerowanie, że Kościół był wrogiem robotnika przez swoje zaangażowanie w opór przed ideologią komunistyczną, tak samo absurdalnym jest oskarżanie o mowę nienawiści wobec indywidualnych osób jedynie przez stosunek krytyczny wobec idei promowanych przez lobby LGBT, które w istocie coraz bardziej przypomina międzynarodówkę….

Co katolik ma w obliczu tego wszystkiego robić? – post i modlitwa, to przede wszystkim. Nasze siły są bardzo ubogie, by móc skutecznie odeprzeć siłę rażenia dezinformacją, presję polityczną i społeczną jakie antychrześcijańskie ośrodki zaprzęgają mając pokaźne środki finansowe. Potrzeba nowego ‘Cudu nad Wisłą’ – wiemy, że gdy bolszewicy zbliżali się do Warszawy, cały lud stolicy wypełnił świątynie, organizowano nabożeństwa wynagradzające i pokutne, spontanicznie formowane procesje z Najświętszym Sakramentem wyszły na ulice miasta… Podobnego zrywu duchowego potrzeba nam i dzisiaj – każdy w zakresie swoich możliwości, a zapewniam, że każdy tych możliwości ma więcej niż się z początku wydaje, powinien podjąć – choćby bardzo skromne i proste – nabożeństwo pokutne. Można i należy organizować świeckie koła modlitwy dyskretnie zapraszając coraz szersze kręgi ludzi w naszych parafiach i środowiskach do rozpoznania tej potrzeby naszych czasów. Modląc się i poszcząc nie należy zaniedbać tego, by dawać Duchowi Świętemu możliwość działania w świecie, a ta zawsze dokonuje się dzięki naszej współpracy. Trzeba też więc się organizować, kształcić, czytać, wspierać materialnie istniejące już fundacje, ruchy, oddolne inicjatywy medialne które czynią bardzo wiele dla uświadamiania i popularyzowania prawdy tak historycznej, jak i filozoficznej i duchowej.

IS: Dziękuję za rozmowę.