Strona główna » Wybory lokalne. Czy scena polityczna w UK jest nudna?

Wybory lokalne. Czy scena polityczna w UK jest nudna?

6 maja był dniem wyborczym w Wielkiej Brytanii. Tego dnia odbyły się wybory lokalne. Po podliczeniu głosów sukces ogłosili zarówno Torysi jak i szkoccy nacjonaliści. Jak to możliwe wyjaśnię nieco później.

Anglia

Angielska scena polityczna jest niesamowicie nudna. Dzięki jednomandatowemu systemowi wyborczemu jest „zabetonowana” od niepamiętnych czasów. W grze, na dobrą sprawę, liczą się tylko dwie partie, które przez lata coraz mniej różnią się od siebie. Na terytorium Anglii wybory lokalne odbywają się turami. Za każdym razem do urn wyborczych idzie tylko część mieszkańców Albionu. Przypomina to nieco amerykańskie wybory do senatu, gdzie wybiera się jednorazowo 1/3 składu.

Ogółem, 6 maja wybierano kandydatów do 143 rad gmin, 21 rad hrabstw oraz radnych niektórych obszarów metropolitalnych i kilku burmistrzów.

W liczbach bezwzględnych zwyciężyła Partia Konserwatywna. Na pewno będzie rządzić w 63 gminach. Jest to wynik lepszy o 13 gmin – w porównaniu z poprzednimi wyborami. 8 gmin straciła Partia Pracy, która utrzyma ich ogółem 44. Siedem przypadnie Liberalnym Demokratom. Pozostałe pozostaną bez większościowej kontroli. Jeśli idzie o radnych, to konserwatyści zyskali ich aż 294 a Partia Pracy straciła 267. Co smutne to fakt, że aż 180 mandatów radnych stracili kandydaci niezależni.

Za ojca – zarówno sukcesu jak i porażki – media zgodnie uznały liderów największych ugrupowań. Borys Johnson jest liderem lubianym, z charyzmą, której brakowało poprzedniej pani premier. Umiejętnie też korzysta z marginalizacji partii UKIP.

Z kolei, Partia Pracy nie ma w ostatnich latach szczęścia do liderów. Przez ostanie lata kierował nią Jeremy Corbyn. Człowiek, jakby żywcem przeniesiony zza żelaznej kurtyny z lat 80tych. Jego niebezpieczne pomysły sprawiały, że był bardzo popularny wśród lewicowych i skrajnie lewicowych wyborców, odpychał jednak centrum, przez co nie był w stanie wygrać wyborów. W kwietniu 2020 roku zastąpił go na stanowisku przewodniczącego Keir Stramer.

Stramer pochodzi z Londynu, w 2014 roku otrzymał tytuł szlachecki (tak dokładnie, przewodniczący Partii Pracy szlachcicem). Choć pochodzi z rodziny o długich tradycjach laburzystowskich, jako prawnik w swojej pracy skupiał się na prawach człowieka, nie zaś na walce o klasę robotniczą. Po ogłoszeniu wstępnych wyników wyborów ogłosił, że jest „gorzko zawiedziony” wynikiem. Następnie wezwał do przebudowy partii.

Nie ujmując nic świętującemu Borysowi Johnsonowi, uczciwie trzeba przyznać, że sprzyja mu szczęście. Korzysta na marginalizacji UKIP, z kolei Partia Pracy ma konkurencję w Postaci Partii Zielonych. Zieloni zdobyli aż 185 foteli radnych, co jest podwojeniem wyniku w porównaniu z ostatnimi wyborami. Zieloni celują raczej w podobny elektorat jak Partia Pracy. Ich działania pośrednio wzmacniają więc Partię Konserwatywną.

W wyborach w obszarach metropolitalnych wszystko poszło zgodnie z planem. Prawie wszystkie miejsca wywalczyła Partia Pracy.

To jest właśnie ta nuda sceny politycznej, o której wspomniałem na początku. Są obszary w Anglii, gdzie zawsze wygrywa dokładnie ta sama partia, czyli w zależności od miejsca jest to albo Partia Pracy albo Partia Konserwatywna. Mam niestety wątpliwą przyjemność mieszkać na jednym z takich obszarów. Wyborcy zachowają się jak zahipnotyzowani. Niezależnie od tego, co by się nie działo i tak zagłosują na swoich.

To zjawisko wyjaśnia euforię torysów po zwycięstwie w Hartlepool. Jest to miasto które ma niecałe 100 tysięcy mieszkańców. Co zaś czyni je szczególnym – to wynik wyborczy. Otóż, po raz pierwszy w dziejach, czyli od 1974 roku, kiedy to wybory przeprowadza się w obecnej formule, miasto udało się zdobyć Konserwatystom. Ma to być jakoby nadzieja na przyszłość. Światło w tunelu mówiące, że o zaklęte regiony z uporem maniaka głosujące na jedną lub drugą partię, warto jednak walczyć.

Jeśli idzie o wybory do władz hrabstw, tu wszystko pozostaje bez zmian. Podobnie jak ostatnio, na 21 hrabstw Partia Konserwatywna rządzić będzie w 19 z nich, a dwa pozostaną bez większościowej kontroli.

Londyn

Wybory w Londynie powinny odbyć się w 2020 roku. Ze względu na pandemię przesunięto je o rok. Choć stolica Zjednoczonego Królestwa formalnie jest oczywiście częścią Anglii, należy ją rozpatrywać oddzielnie, gdyż około połowa mieszkańców tego wielkiego miasta nie pochodzi z Wysp. Sama metropolia dawno już zatraciła angielski charakter.

Widać to wyraźnie przeglądając listę kandydatów na burmistrza stolicy. Wielu z nich nie tylko pochodzi z mniejszości etnicznych, ale nawet nie urodziło się w UK. Cóż, taki właśnie jest współczesny Londyn.

Zanim omówię wynik wyborów, kilka słów o samych kandydatach.

Urzędujący burmistrz Sadiq Khan wywołał popłoch na prawicowych portalach w Polsce w 2016 roku. Oto islamista przejmuje kontrolę nad jednym z największych miast w Europie. Rzeczywistość jest nieco inna. Owszem Khan ma korzenie w Pakistanie i jest muzułmaninem, daleko mu jednak do stereotypowego islamisty. Jest raczej zwierzęciem politycznym. Było to widać pięć lat temu, gdy składał mnóstwo wykluczających się obietnic. Jak inaczej można nazwać zapowiedź zarówno spełnienia postulatów radykałów islamskich jak i aktywistów LGBT? Wytykał mu to jego kontrkandydat, ale jakoś nie zauważyli wyborcy. Khan wielokrotnie wzywał do ponownego przystąpienia do UE. Więcej! Wzywał niemal do secesji Londynu. Często jego uwaga skupia się na  krytyce rządu itp. Wszystko to nie mieści się w kompetencjach burmistrza i jest to raczej teatr na potrzeby wyborców, lub ewentualnie budowa fundamentów pod dalszą karierę. Jako burmistrz okazał się nijaki. Po pięciu latach rządów w Londynie żyje się tak samo. Nic nie zmieniło się, ani na gorsze jakby chciała prawica, ani na lepsze jakby chciała lewica. Khan zawiódł zaś na polu walki z przestępczością, która jest plagą w stolicy, zwłaszcza w kwestii młodocianych przestępców.

Głównym kontrkandydatem Khana był Shaun Bailey z Partii Konserwatywnej. Po doświadczeniach sprzed 5 lat, gdy czasem w kuluarach dało się usłyszeć, że biały kandydat nie wygra w stolicy, Torysi postawili na człowieka mającego pochodzenie brytyjsko-jamajskie. Bailey prowadził ciekawą, zupełnie odmienną – w porównaniu z 2016 rokiem – kampanię. Dużo grał na emocjach, podkreślając swoje ciężkie życie (zaliczył nawet epizod jako bezdomny) i drogę na szczyt. Niestety, paradoksalnie prawicowemu wyborcy nie miał wiele do zaoferowania.

To był główny problem tych wyborów. Wśród 20 kandydatów większość konkurowała o to, który z nich jest najgorszy. Mieliśmy kilku Youtuberów( znak czasów?), w tym pana wiadrogłowego. Do tego takie wynalazki jak kandydat z partii Rejoin EU (niby jak to chciałby zrobić będąc burmistrzem?), czy kandydatki z partii Animal Welfare Party oraz Women’s Equality Party.

Główne problemy stolicy są zaś dwa. Przestępczość, zwłaszcza jak już wspominałem wśród młodych oraz brak mieszkań. Zaledwie trzech kandydatów: niezależny Nims Oburne, Dvid Kurten z Heritage Party oraz Laurence Fox z Reclaim Party, proponowało sensowne rozwiązanie problemu – pod hasłem „zero tolerancji”. Reszta kandydatów szła w politycznie poprawny bełkot. Jeśli idzie o problem braku tanich mieszkań, wszyscy kandydaci zawiedli. Jak jeden mąż proponowali tylko budowę mieszkań socjalnych, co nie rozwiązuje problemu. Jest raczej strzałem kulą w płot.

Wybory ostatecznie wygrał, co nie jest zaskoczeniem, Sadiq Khan. Drugi Był Shaun Bailey.

W tym miejscu należy się drobne wyjaśnienie. W Londynie głosuje się podwójnie. Wskazuje się swojego kandydata oraz tak zwanego kandydata drugiego wyboru.

Khan uzyskał 40% głosów czyli mniej niż wskazywały sondaże, natomiast Bailey miał ponad 35% głosów, czyli więcej niż wynikało z badania opinii publicznej. Sensowe wyniki mieli jeszcze kandydaci Zielonych oraz Liberalnych Demokratów, odpowiednio 7,8% oraz 4,4%. Jak wskazują komentatorzy, można to odebrać jako votum nieufności części lewicowych wyborców wobec urzędującego burmistrza.

Ostatecznie, po zliczeniu głosów drugiego wyboru, Khan pokonał Baileya stosunkiem głosów 55,2 do 44,8.

Równolegle z wyborem nowego burmistrza głosowano też na kandydatów do rady Londynu.

Tutaj nihil novi sub sole. 25 osobowa rada prawie się nie zmieni. 11 mandatów uzyskała Partia Pracy, 9 Partia Konserwatywna, 3 Zieloni i 2 Liberalni Demokraci.

Szkocja

Równolegle z wyborami lokalnymi w Anglii przeprowadzono wybory do parlamentu Szkocji.

Wybory jak, można się było spodziewać, wygrała Szkocka Partia Narodowa. W tym miejscu musimy się na chwile zatrzymać. Spyta ktoś – jak to możliwe, że na zgniłym Zachodzie tolerowana jest partia nacjonalistyczna i to do tego stopnia, że wygrywa wybory? Odpowiedź jest bardzo prosta. SNP jest partią „nowoczesną”. Poza wieloma socjalnymi pomysłami, w sferze światopoglądowej akceptuje postulaty narzucane przez współczesną lewicę. Na Wyspach języczkiem uwagi jest stosunek do osób LGBT. Jeśli więc SNP będzie miała do takowych osób stosunek pozytywny, będzie traktowana jak każdy inny gracz na scenie wyborczej.

W zeszłym tygodniu w Glasgow doszło do utarczki słownej pomiędzy byłą przewodniczącą  brytyjskich nacjonalistów z Britain First oraz Nicolą Sturgeon. Szefowa Szkockiej Partii Narodowej  wyzwała swą przeciwniczkę od faszystek i zarzuciła jej nietolerancję…

Wróćmy jednak do samych wyborów.

SNP uzyskała 64 mandaty na 129 możliwych w Szkockim Parlamencie. 31 dostało się Konserwatystom, a 23 Partii Pracy. Co ciekawe, Konserwatyści zdobyli mandaty przede wszystkim w pasie granicznym z Anglią.

Po tym sukcesie SNP naciska na jak najszybsze referendum, nieszczęśliwie nazywane w Polsce „referendum o niepodległość”. Tymczasem Szkoci mieliby nie tyle decydować o niepodległości, bo tę mają, co o opuszczeniu unii z Anglią.  Zostawiając jednak szczegóły na boku trzeba przyznać, że wbrew propagandzie SNP, wynik wcale nie jest pewny. Mimo zwycięstwa, wybory pokazały, że nie każdy Szkot marzy o opuszczeniu unii. Wynik referendum oscylowałby, jak poprzednio, w granicach 50% i ciężko stwierdzić kto by wygrał. Borys Johnson stara się odwlec temat referendum jak najdalej w czasie. Nicola Sturgeon robi coś przeciwnego. Oboje mają ku temu ten sam powód. Mianowicie Brexit. Jeśli, na co wiele wskazuje, okaże się, że Wielka Brytania poradzi sobie bez UE, zapał do opuszczenia unii z Londynem może wśród Szkotów spaść.

Walia

Na koniec krótkie omówienie wyborów do walijskiego parlamentu.

Wybory wygrała Partia Pracy, która zdobyła aż 30 z 60 miejsc w parlamencie. Co ciekawe, na Laburzystów głosuje południe kraju i największe miasta. Walijska prowincja podzieliła się głosami pomiędzy Partię Konserwatywną (16 miejsc) a Plaid Cymru (13 miejsc) – czyli walijskich nacjonalistów.

Plaid Cymru to partia o blisko stuletnim rodowodzie. Na scenę polityczną na poważnie wkroczyła w latach siedemdziesiątych. Od tego czasu utrzymuje poparcie oscylujące w granicach 10%. Badania sondażowe pokazują jednak, że stała się atrakcyjna dla młodych Walijczyków. Jeśli trend ten się utrzyma, to Plaid Cymru może w przyszłości zaskoczyć największych rywali.

Michał Gackowski